środa, 6 maja 2009

Simply Red – Greatest Hits Tour, Warszawa, Torwar, 3.05.2009

Pożegnanie na warszawskim Torwarze wypadło nadzwyczaj dobrze. To takie dziwne uczucie, kiedy kuchnia serwuje nieustannie to, co ma najlepszego. Pierwsze dźwięki It’s Only Love i już było wiadomo, że zespół jest w dobrej formie. Potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki spełniały się życzenia – Night Nurse ze wspaniałym aranżem, nieco przeciągnięte i smęcące If You Don’t Know Me By Now, wzruszające For Your Babies, energetyczne Fairground, afirmujące Your Mirror, funkujące Money Too Tight To Mention – słowem do wyboru do koloru. Biła w uszy różnorodność muzyczna, w której zespół z gracją poruszał się przez tyle lat. Porywała charyzma Micka, podparta talentem i przede wszystkim umiejętnością porozumienia ze słuchaczem. Aż dziw, że początkowo sektory tylko niemrawo przytupywały nogą; potem jednak udzieliła im się energia ludzi na płycie i zaangażowanie zespołu. Band, który przez tyle lat ulegał wstrząsom personalnym, na koniec działalności składa się z wybitnych muzyków sesyjnych, którym nie przydarzają się gorsze dni. Ascetyczny wystrój sceny – można wręcz mówić o jego braku – nie odwracał uwagi od muzyki. Słowem: perfekcja.

Trudno tylko w tym wszystkim nie wyczuć koniunkturalizmu. Grupa będzie w trasie przez najbliższy rok. Z czegoś żyć trzeba, a niedawno założona rodzina oraz plany kariery solowej mają swoje prawa. So goodbye Mick, no farewell!

Simply Red - Come to My Aid

poniedziałek, 4 maja 2009

Wiara, nadzieja i... furia (z miłością w tle)

Pati YangFaith, Hope & Fury (2009)

Nowa płyta Pati brzmi tak, jakby artystka doszła wraz z mężem (producentem jej albumów) do wniosku, że etykieta wyznawczyni trip hopu, która do niej przylgnęła, mocno ją więzi i nie dodaje już skrzydeł.
I całe szczęście, że tak się stało, gdyż trzeci album w jej dorobku przynosi nowy wizerunek – brzmi tu świeżo jak nigdy dotąd. Małżeństwo Hiltonów dokonało udanego mariażu ambitnej elektroniki z przystępnym popem, wyprodukowanym na najwyższym, światowym poziomie. Zdystansowali tym samym rodzimą konkurencję, która drepcze trzy kroki za nimi, zamotana w starych patentach. Dużo tu smaczków ukrytych w tle, zdarzają się kosmiczne aranże (Supernatural, Red Hot Black) – warto słuchać tej płyty w jakości 5:1. Ale przede wszystkim nowa Pati ukazuje twarz bardziej dojrzałej i pewnej siebie artystki, której odwaga polega na dokonaniu świadomej wolty w stronę popu. Pati po liftingu to drapieżna, seksowna, silna i pewna siebie kobieta (Stories From Dogland). Ale pozostaje też delikatna i bezbronna, w pewnych momentach wręcz eteryczna (Outside, A Little Wrong). Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak pozostawienie wrażenia, ba, nawet pewności, że Yang jest artystką poszukującą. Idę o zakład, że następny album będzie kolejnym zwrotem – i pewnie sama Pati jeszcze nie wie gdzie ją poniesie. Może folk, może neo-country?

I dygresja – porównania do Roisin Murphy są jak najbardziej na miejscu – to ten sam typ wrażliwości, ten sam typ poszukiwaczki nowych form wyrazu i umiejętność przeistaczania się niczym kameleon, w zależności od nastroju. Tak bogata osobowość i talent zasługują na odpowiednią oprawę. Pozostaje tylko czekać, aż gwiazda Pati rozbłyśnie pełnym blaskiem. W Polsce w niektórych kręgach ma status wręcz kultowej artystki, dla świata pozostaje jeszcze nie do końca odkryta. Trzymamy kciuki za przyszłość!

Pati Yang - Outside